Rozdział VIII - Wybrana


Nie wiedziała ile czasu leżała nie przytomna, ale dziwnie czuła się, kiedy po odlocie obudziła się w obcej sali szpitalnej. Zaczęła się gorączkowo rozglądać, aż w końcu zobaczyła Jacka drzemiącego na fotelu obok szpitalnego łóżka. Ostrożnie podniosła się i szturchnęła go w ramię, a ten od razu otworzył oczy.
- Jacek, gdzie my jesteśmy? – spytała nerwowo. – I ile czasu byłam nieprzytomna? Mam wrażenie, że minęły całe wieki.
- Cóż… Jakby to powiedzieć. To, że upadłaś na ziemię i rozbiłaś sobie głowę wyglądało fatalnie, więc zabrałem Cię do Asgardu. Tu jesteś bezpieczna.
- Jak mogłeś – usiadła wyprostowana na łóżku i po mimo strasznego bólu w czaszce patrzyła na niego jak na seryjnego mordercę. – Przecież Cię prosiłam. Chciałam się z nimi pożegnać, a ty o tym wiedziałeś!
- Wiesz czemu to elitarna szkoła? Bo tu dostają się czarodzieje z czymś więcej niż mocą do czarowania – zablokował jej rękę i zamknął w swojej. – Tu dostają się najbardziej utalentowani magicy wszechczasów. Dlatego musiałem Cię chronić, żeby Twoja moc, której u nikogo jeszcze nie widziano nie wpadła w niepowołane ręce. Może ty o niej nie wiesz, ale czarodzieje z twojego starego otoczenia obserwowali cię bardzo uważnie.
- Ach tak? A ty czemu masz mnie chronić? Jaki masz talent? – powiedziała co raz mocniej zdenerwowana, zaciskając drugą dłoń w pięść. – Może do uwodzenia niewinnych dziewczyn? A może zabijasz? Albo po prostu kłamiesz!
Nagle Jacek pochylił się i zrobił najprostszą rzecz, żeby ją uciszyć, pocałował. Fale przyjemności zaczęły rozchodzić się po jej ciele, kiedy ją całował, aż w końcu i ona się poddała pozwalając zamienić się w dotychczas narastającej nienawiści w falę uniesienia. Wplotła pace w jego gęste włosy i po chwili dała mu się położyć na łóżku. Wtedy przerwał pocałunek, a ona zrobiła naburmuszoną minkę.
- Nie wiele trzeba, żeby Cię uciszyć – szepnął z uśmiechem. – Będę to częściej stosował, bo jak widać zdaję idealnie egzamin.
- Może i tak, ale skąd wiesz, czy za którymś razem nie dostaniesz za do w nos – powiedziała Monica uśmiechając się od ucha do ucha.
Przykrył ją kołdrą i poprawił poduszkę pod głową, a potem podał jej kubek z jakimś ciepłym napojem.
- Wypij będzie Ci lepiej, Wierz mi daje porządny zastrzyk energii.
Monica bez słowa wzięła kubek i wypiła całą jego zawartość. Płyn przyjemnie ją rozgrzewał i sprawiał, że zapominała o męczącym ją uczuciu głodu. Piła łapczywie, a kiedy opróżniła już jego zawartość odstawiła go na półkę. Spojrzała na Jacka z nadzieją, że czegoś się dowie, ale ten tylko uśmiechnął się i ruszył w kierunku drzwi.
Kiedy on zniknął za jednymi drzwiami, drugimi weszła bardzo atrakcyjna kobieta około trzydziestki i podeszła do jej łóżka siadając na jego skraju. Uśmiechała się do niej ciepło, a w tym uśmiechu Monica widziała coś znajomego, bliskiego.
- Jak się czujesz maleństwo? – spytała tamta siadając tuż koło niej na łóżku. – Mam nadzieję, że miewasz się dobrze. Jestem Maria Teresa i będę twoją mentorką w Asgardzie.
- Dzień dobry – powiedziała cichutko. – Miło mi panią poznać.
- Mów mi Maria Teresa. Jestem kapłanką tej szkoły i miewam wizję przyszłości. Byłam nawet jej absolwentką, ale moje wizje niestety nie są na tyle częste. Powiedzmy, że dzięki temu wiedziałam, gdzie Cię szukać.
- To miło z pani strony – szepnęła Monica. – ale czy mógłby tu wrócić Jacek? Chciałabym z nim pomówić?
- Kochanie, Jacek jak i każdy wojownik udał się na swój trening, aby móc bronić swojej czarownicy. Fakt jest czarodziejem, ale ma też niespotykaną siłę i nikt nie wie o jej źródle nawet ja.
Monica patrzyła na kobietę jak zaczarowana. Nigdy nie słyszała, że czarownica może mieć swojego obrońcę. W bajkach zwykle kończyły one na stosie, a tu miały kogoś, kto oddawał za nie życie. Była w szoku i zadawała sobie pytanie czy Jacek nie wybrał sobie przypadkiem jej, na co szczerze mówiąc nie miała zbyt wielkiej ochoty.
- Widzisz czarownica wybiera swojego wojownika na ceremonii – ciągnęła Maria Teresa ze swoim zniewalającym akcentem. – To ceremonia przejścia, w której zdobywa ona pełnię mocy. Wtedy też pomiędzy nią a wojownikiem rodzi się uczucie tak silne, że jeśli jedno umrze drugie też umiera, będąc nawet daleko stąd. Jest to więź łącząca ich w sumie w jedno ciało… - kobieta przerwała na chwilę. – Wiesz to chyba Cię nudzi. Jesteś w stanie się przejść? Osobiście uważam, że świeże powietrze pomaga w gojeniu ran.
- Chętnie się stąd wyrwę – powiedziała z zapałem Monica i wstała z łóżka. – Zresztą moja macocha zawsze mówiła to samo.
Maria Teresa podała jej jakąś sukienkę i sandałki, a potem wskazała łazienkę, gdzie mogła się umyć. Monica szybko tam poszła i wzięła krótki prysznic, wyszczotkowała zęby, a na koniec rozczesała zmierzwione włosy i związała je w luźny kok, po kilku minutach stała obok swojej mentorki gotowa na przygodę życia, której w głębi serca strasznie się obawiała.
Przeszły przez główny dziedziniec ze skrzydła szpitalnego do magazynów. W między czasie Maria Teresa wyjaśniała jej czego będzie używać w szkole, począwszy od różdżki, a skończywszy na wszelakich możliwych typach roślin trujących i nie trujących. Kobieta zaproponowała jej odwiedziny u szkolnego różdżkarza, który według niej wykonał tysiące różdżek i wiele z nich czeka na swoich właścicieli.
Kiedy tylko drzwi do jego pracowni się otworzyły Monica wciągnęła w nozdrza dziwnie znajomy zapach drewna cedrowego, które kojarzyło się jej z dzieciństwem, którego prawie nie pamiętała. Poczuła nagle, że już tu kiedyś była i wdychała dokładnie tę samą woń. Rozejrzała się po pomieszczeniu, aż nagle usłyszała jakiś hałas odwróciła się i spojrzała na mężczyznę naprzeciwko siebie.
Wyglądał na około czterdziestolatka, bo jego dość ciemne włosy były poprzetykane pasemkami siwizny. Brązowe oczy skrywały się z szkłami grubych okularów, a jego uśmiech zdradzał niespotykane przez nią zadowolenie z jej widoku, ale po chwili zmienił się w wyraz przerażenia połączonego z zachwytem.
- Na boginię Isis – szepnął facet. – Jesteś wcieleniem…
- Marcusie przestań i pokaż naszej nowej adeptce  różdżki. Musi mieć jakąś, żeby móc walczyć – kobieta mówiąc to niezauważalnie puściła mu oczko. – I oczywiście by wspierać swoich przyjaciół w trudnych chwilach.
Monica stała i patrzyła się na niego osłupiała. Nie wiedziała kogo ten starszy człowiek w  niej rozpoznał, ale raczej nie oznaczało to dla niej niczego dobrego, chociaż może jednak będzie dzięki temu mogła dowiedzieć się kim tak naprawdę jest. Nadal stała osłupiała, kiedy ten kazał jej podejść do siebie gestem wyciągniętej ku niej dłoni. Uczyniła to niechętnie i nieprzerwanie patrzyła na niego jak na wariata.
- A teraz wyciągnij rękę i szepnij przybądź moja miła – uśmiechnął się życzliwie staruszek.
Dziewczyna powoli powtórzyła za nim słowa z dłonią wyciągniętą w kierunku półek, kiedy nagle szafki z różdżkami zadrżały i gdzieś z samego tyłu pracowni w jej rękę wpadła atramentowo czarna różdżka ze złotym zdobieniem na rękojeści.
Z początku Monica była lekko przerażona tym co się stało, ale po chwili sprawnie zaciskała w ręce różdżkę i czuła się zjednoczona z otoczeniem. Nawet staruszek patrzył na nią z pewnym podziwem, a w końcu zabrał głos.
- Widzisz drogie dziecko, każda różdżka jaką jak na razie stworzyłem miała jakieś powiązanie z poprzedniczką, a do tej nigdy nie umiałem dobrać potem odpowiednich substancji by uczynić inne chodź trochę podobną. – uśmiechnął się do niej życzliwie. – Mam nadzieję, że te czternaście cali hebanu wzbogacone o fragmenty serca smoka z łzą jednorożca i wawrzynem będzie ci dobrze służyć.
- Tak – powiedziała pewnie Monica. – obiecuję o nią dbać i oczywiście zwrócić, kiedy tylko zakończę swoją naukę.
- O nie moja droga jeśli czarodziejka wybierze już różdżkę zostają one zespolone ze sobą do śmierci – powiedział Marcus. – Niech Ci dobrze służy maleńka, bo jeśli trafiła do Ciebie to na pewno po to, że masz dokonać czegoś wielkiego.
Mężczyzna wrócił do porządkowania paczek z różdżkami, a Maria Teresa ruszyła ku drzwiom. Sekundę później wskazała Monice, by ta do niej dołączyła. Z sali z różdżkami poszły ku wielkim schodom, na szczyt chyba najdalej wysuniętej wieży, która znajdowała się na południu.

Rozdział VII - Próba


Monica zaczęła gorączkowo nad czymś myśleć. Asgard… Ta nazwa już jej coś mówiła. Usiłowała sobie przypomnieć co. Z norweskiego as oznaczało boga, a garth - dwór. Jak mogła na to nie wpaść Dwór Bogów to było banalne, przecież tyle razy mówili o tym na literaturze, że nie wiedziała jak od razu na to nie wpadła. Musiała dowiedzieć się co to oznacza dla czarodziei, jeśli już była zmuszona spędzić tam najbliższy czas. Po dłuższej chwili myślenia, nie powstrzymała się i po prostu wypaliła.
- Czym jest ten Asgard? O ile to nie jakaś wielka tajemnica stulecia.
- Więc to jest no cóż - Jacek próbował znaleźć odpowiednie słowa. – To w specyficzna szkoła dla czarodziei, ale mało którzy mają możliwość się tam uczyć. Powiedzmy, że to tak jak elitarne liceum, czyli chodzą tam Ci, którzy mają kasę. Tylko, że w Asgardzie nie liczy się kasa, a niespotykane zdolności, a te u czarodziei występują równie często, co deszcz na pustyni – zażartował chłopak, a ona mimowolnie się uśmiechnęła.
- Czyli coś w stylu szkoły prywatnej tak? – patrzyła mu w oczy szukając potwierdzenia. - I kiedy masz mnie tam zamiar zabrać?
Patrzyli sobie chwile w oczy, a potem on odwrócił wzrok. Nie wiedzieć czemu próbował uniknąć odpowiedzi, choć tak naprawdę, nie było od czego uciekać. Ona czekała tylko na termin, który był dla niej też jak wyrok skazujący na wygnanie z rodzimego domu.
- Dziś w południe, potem możemy mieć problemy z dotarciem tam – szepnął.
- A mogę się chociaż pożegnać z rodziną? Wyjaśnić im to jakoś? – patrzyła na niego wielkimi oczami z płomykami nadziei, które napotykając jego wzrok zgasły. – Czyli już nawet do tego nie mam prawa? Do powiedzenia żegnaj ludziom, którzy mnie wychowali? Do wyjaśnienia, że odchodzę dla ich dobra?!
- Nie chodzi o to maleńka – powiedział spokojnie. – po prostu musimy wyruszyć jak najszybciej.
- Po pierwsze wcale nie jestem mała, a po drugie, jeśli nie o to, to łaskawie mi to do cholery wyjaśnij! – wcięła mu się w słowo. – Bo jakbyś nie zauważył, to mam siedemnaście lat i chciałabym sama decydować o tym co jest na miejscu a co nie! Nie jestem dzieckiem, o które musisz cały czas się martwić. Jestem kobietą, która ma prawo podejmować mniej lub bardziej roztropne decyzje, ale tylko wedle jej uznania!
- Posłuchaj! Robimy to dla ich bezpieczeństwa. Ja z największą przyjemnością pozwoliłbym ci się z nimi pożegnać, ale niestety nie mogę. Jeśli nie chcesz ich stracić musisz mi zaufać. Moim obowiązkiem jest chronić ciebie a nie twoją rodzinę!
Nie wiedziała co ma mu odpowiedzieć, ale w pewnym momencie po prostu wstała z krzesła i wymierzyła mu policzek tak siarczysty, że ją samą zabolała ręka, jednak poczuła się przez to usatysfakcjonowana. Potem zaczęła płakać i pobiegła szybko do jego pokoju. Zatrzasnęła za sobą drzwi wykrzykując jakieś wyzwiska pod jego adresem.
Zalana łzami rzuciła się na łóżko i zaczęła łkać z tęsknoty za tym co może stracić przez własne dziedzictwo. Mimo, że w nie wątpiła, to stwierdziła, iż musi udać się na do Asgardu. Jednak w duchu żywiła cichą nadzieję na to, że jednak w końcu Jacek zmięknie i pozwoli jej pożegnać się z przybranymi rodzicami i bratem. Nie chciała ich zostawiać bez słowa. Może nie była ich córką, ale nie miała ochoty zostawiać ludzi, którzy ją wychowali, których mimo wszystko kochała, bez słowa wyjaśnienia.
Nagle ktoś zapukał do drzwi i prosił ją o to, żeby otworzyła. Wiedziała, że to Jacek i nie miała zamiaru ani na minutkę zmięknąć. Stwierdziła, że bez pożegnania nigdzie się nie wybiera. Po chwili poczuła dziwny zapach spalenizny. Otworzyła drzwi.
- Dom się pali musimy uciekać – krzyknął Jacek i pociągnął ją za rękę. – Szybko.
- Ale jak? – spytała przerażona, a po chwili wpadła na pomysł, żeby spróbować swojej mocy, ale szybko z niego zrezygnowała.
- Ktoś, kto wiedział, że tu jesteś podpalił go, więc musimy uciekać i nie chcę słuchać teraz twoich sprzeciwów.
Pobiegli w kierunku schodów, a kiedy po nich zbiegali zobaczyli ogień buchający z okolic drzwi i okien. Byli w pułapce, ale Monica doszła do wniosku, że jeśli naprawdę posiada te wyjątkowe moce to wykorzysta je by uratować ich z tej sytuacji.
- Odsuń się użyję zaklęć i będzie po problemie– powiedział Jacek i lekko pchnął ją ku ścianie.
- Jest inny sposób – powiedziała kładąc mu ostrożnie dłoń na ramieniu. – Ufasz mi? Wiem, może nie jestem jeszcze wspaniała w te klocki, ale mogę spróbować.
- Raczej nie mam wyboru – odpowiedział po chwili milczenia.
– Więc zaczekaj – powiedziała stanowczo i zbliżyła się do ognia. Wyciągnęła w jego kierunku dłoń i szepnęła. – Ty gasisz nasze pragnienia i niebezpieczeństwa, dajesz nam pożywienie. Wodo przybądź. Daj mi siłę i ugaś to co trawi ten dom.
Nie wiedziała skąd, ale słowa same napłynęły do jej świadomości i jak na komendę ogień zaczęły zwalczać strumienie wody. Początkowo niewielkie, a z czasem co raz liczniejsze. Ciągle trzymała rękę wyciągniętą w tamtym kierunku. Woda wydawała się z niej wypływać i powoli łagodzić pożar. Zapach pogorzeliska też szybko zanikał i nikt w sumie nie wiedział, gdzie on się podział.
Monica czuła jakąś niezwykłą siłę, która ją napędzała do tego, by dalej kierować strumienie wody w kierunku ognia. Powoli przechodziła z pomieszczenia do pomieszczenia i gasiła powstały problem. Czuła się niewiarygodnie potężna i spełniona, bo nigdy nie czuła w swoich żyłach takiej mocy jak wtedy.
Kiedy już wszystko zostało ugaszone przez wodę spokojnie opuściła dłoń. Przez dłuższy moment patrzyła na Jacka z uśmiechem i ruszyła w jego kierunku, jednak po chwili poczuła, że nogi się pod nią uginają i nie da rady się ruszyć. Osunęła się na mokrą podłogę, a ostatnie co pamiętała, to Jacek biegnący w jej kierunku.

----
Ze względu na to, że mało kto komentuje, chwilowy zawias !!!

Rozdział VI - Spokój?


Następnego dnia obudziła się zlana potem. Nie była świadoma tego co się działo w nocy, ale czuła się wyczerpana i miała nadzieję, że to był tylko zły sen. Lecz kiedy otworzyła oczy, zobaczyła go śpiącego przy jej boku. Wydawać się mogło, że przez całą noc nie zmienił on pozycji spania, bo jego część koca wydawała się nienaruszona.
W pewnej chwili otworzył oczy i spojrzał na nią z lekkim uśmiechem i praktycznie się nie ruszył. Uśmiechał się cały czas, a po chwili lekko dotknął jej policzka i pocałował delikatnie. Monica była cała w skowronkach. Nie wiedziała co się dzieje. Może zbyt szybko poddała się biegowi wydarzeń, a może po prostu sama się zmieniła. Była po części w kropce, ale też szczęśliwa z tego, że w końcu czuła cokolwiek, do jakiegokolwiek chłopaka. Może nie było to jakieś wspaniałe uczucie, ale dało jej to chociaż zasłużoną odrobinę szczęścia.
- Dzień dobry – zaśmiała się i popatrzyła na niego mierzwiąc mu włosy. – Zapowiada się nam chyba ładny dzionek co?
- Tak raczej tak – mruknął jeszcze zaspany i patrzył na nią. – W sumie i tak zaczął się nieźle. Na pewno dobrze się czujesz? Nie wyglądasz najlepiej.
W jego oczach pojawiła się troska i obawa o to co stało się ostatniej nocy. Widać było, że obwiniał się o to, że nie został i jej nie pomógł, a z drugiej strony może właśnie takiego czegoś potrzebowała, aby mu uwierzyć. Teraz na wpół leżący patrzył na nią i podpierał się na przedramieniu.
- Nie wiem, ale jakoś mi słabo. W sumie to nie wiem jakim cudem im uciekłam – szepnęła cicho.
- Magia – powiedział z szerokim uśmiechem. – Ona zawsze jest nieopodal, ale człowiek bardzo rzadko ją zauważa. Dlatego wszyscy myślą, że czarodzieje, wilkołaki i wampiry to mit. A tak naprawdę żyją wśród nas wspierając nas.
- Czyli to o czym mówi się w wielu bajkach to prawda? – spojrzała na niego dociekliwym wzrokiem.
- Przecież w każdej historii jest ziarnko prawdy, niezależnie od tego, czy opowiada ją ktoś z teraźniejszości, czy została spisana stulecia temu – tłumaczył, gdy nagle jej żołądek wydał niekontrolowane burknięcie. – Ktoś tu chyba jest głodny?
- Troszeczkę – zarumieniła się lekko. – Nie jadłam nic od wczoraj i w sumie mój pusty brzuch daje o sobie teraz dopiero znać.
- Biedaczek – pogładził ją po nim i wysunął się z łóżka. – Wymyj się, a ja idę zrobić coś do jedzenia.
Nim Monica zdążyła zaprotestować on zniknął za drzwiami prawdopodobnie prowadzącymi na korytarz. Na szafce nocnej zobaczyła jakieś jej ciuchy, które wyglądały jakby zabrane z jej domu. Wzięła je więc i zniknęła za drzwiami łazienki.
Nalała sobie pełną wannę wody i zanurzyła się w truskawkowej pianie. Moczyła się długo, myjąc się dokładnie, kiedy skończyła owinęła się ręcznikiem i wróciła do pokoju. Zsunęła go z siebie zwinnym ruchem i zaczęła zakładać majtki, kiedy drzwi pokoju się otworzyły.
- Wybacz nie podglądam – powiedział niepewnie Jacek i odwrócił się plecami do niej, co było jej bardzo na rękę, gdyż szybko włożyła na siebie bieliznę, ciemne spodnie i czerwonawą koszulkę.
- Już możesz patrzeć – rzuciła z uśmiechem i podeszła do niego. – Masz wyczucie czasu nie ma co. Zawsze chyba wpadasz w nieodpowiednich momentach nie sądzisz? – mruknęła wyraźnie zadowolona z tego co prawdopodobnie widział, a potem powoli zeszła na dół pokrytymi czerwonym dywanem schodach. Skierowała się do kuchni, z której unosiła się woń naleśników polanych słodkim syropem klonowym, który wręcz uwielbiała.
Kuchnia w domu Jacka była duża i przestrzenna. Ładne, błyszczące meble w kolorze karmelu i ściany pomalowane na zielono. Na niewielkim stole ustawionym pod oknem i przykrytym żółtą, ozdobną serwetą, stały dwa czerwone ceramiczne talerze, na których to leżały naleśniki. Całe wnętrze wydawało się ciepłe i bardzo przytulne.
Odruchowo odsunęła mahoniowe krzesło siadając przy stole i wciągając przyjemny zapach naleśników. Jak dotąd nie wyobrażała sobie jak przyjemny może on być dla zwykłego głodnego człowieka, a teraz miała ochotę zjeść wszystkie razem z talerzem. Ledwie opanowała instynkty wzięła w ręce sztućce i powoli zaczęła kroić naleśnika. Potem delektowała się każdą sekundą w której to w jej ustach rozpływał się słodki smak syropu klonowego, co sprawiało, że czuła się jak w domu i prawie nie odczuwała tego, że jest w domu u obcych ludzi, z którymi nie miała nic wspólnego.
- Smakuje Ci? – usłyszała za plecami głos jakiejś kobiety i odwróciła się w tył.
Nieznajoma była wysoką, szczupłą brunetką o ciepłych czekoladowych oczach. Jej twarz mimo tego, że na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie surowej, chwilę później wydawała jej się łagodna i radosna. Kobieta była ubrana dość elegancko. Miała na sobie czarną koszulę, spódnicę z wysokim stanem w tym samym kolorze oraz karmelowe szpilki. Jej twarz zdobił dyskretny makijaż w postaci delikatnych kresek, niedużej ilości tuszu do rzęs i odrobiny porcelanowego pudru pod oczami..
Monica energicznie pokiwała głową i przyglądała się nieznajomej ze zdumieniem. Nigdy nie widziała tak ślicznej i eleganckiej kobiety w granicach czterdziestki. Uśmiechnęła się do niej lekko i skupiła się na jej aurze. Była niebieska, prawie granatowa, ale w związku z tym nie była też groźna, była podobna do tej, którą posiadał Jacek.
- Mamo to jest Monica, ta o której ci opowiadałem – powiedział Jacek, pojawiając się nagle w drzwiach.
- Miło mi Cię poznać – uśmiechnęła się kobieta. – Jestem Veronique, matka Jacka i jego opiekunka w jednym. W końcu poznaję dziewczynę, którą musi chronić. Muszę powiedzieć, że cieszę się, że otrzymał takie zadanie. Widać, że jesteś wyjątkową dziewczyną.
- Mnie też panią miło poznać – powiedziała szczerze. – Może zje pani z nami? Chyba, że Pani wychodzi.
- To miłe z Twojej strony, ale niestety muszę lecieć na posiedzenie Rady do Zurychu, ale widzimy się już niedługo w Asgardzie za kilka dni – powiedziała kierując się ku drzwiom. – Miło było Cię poznać .Pa synku i do zobaczenia moja droga.
 ----
Następny rozdział przygód naszej kochanej Moni, przy 3 komach!